2017-04-25

Zimowa sceneria wiosennych zawodów

Zawody Pribina Cub w Nitrze i FCC Gliding w Prievidzy otwierają sezon lotniczy w środkowej Europie.

Przyjazna atmosfera i bardzo dobra organizacja obu imprez sprawiły, że urosły one do najliczniej obsadzonych imprez świata. Zdobyły ogromną popularność także wśród polskich pilotów. Okres poprzedzający każde zawody zabiera nam zawsze kilka dni na przygotowanie szybowca, ale w tych zawodach miało być inaczej.

Sebastian mógł wreszcie latać na zakupionym przed rokiem szybowcu JS1. Miał on duży osobisty udział w nakłonieniu Ministra Sportu do tak hojnego daru dla naszej reprezentacji. Szybowiec jest nowy. Planowano, że Sebastian przejmie go w Prievidzy podczas powrotu pilotów z Nitry. Jednym słowem komfort i gwarancja perfekcyjnego stanu szybowca. Wesoły świergot ptaszków i piękne wiosenne słoneczko wprawiały w radosny nastrój, toteż z energią zabrałem się z wnuczkami za kosmetykę i przygotowanie przyczepy campingowej do drogi, a Sebastian z Anią upychał niezbędne klamoty w samochodzie. Nagle telefon przerwał tę idyllę. Szybowiec nie ma przeglądu technicznego! Nie może latać. Do zamknięcia rejestracji zawodników zostało parę godzin. Pilot który miał szybowiec w wyłącznej dyspozycji od ubiegłego lata i powinien pilnować terminowego załatwiania formalności oznajmił, że rozwiązaniem może być przegląd w autoryzowanym serwisie pod Poznaniem. Piękne jaja! Najpierw jazda do Prievidzy dla wybłagania warunkowej rejestracji. Potem daleka droga pod Poznań i powrót z szybowcem do Prievidzy. Ładny początek zawodów… Na szczęście, Jerzy Biskup na Żarze ma także uprawnienia do obsługi i napraw tego afrykańskiego cacuszka, zarejestrowanego z różnych względów w Serbii. Jednak on od wielu dni jest oblegany przez klientów, którzy przybywają z różnych stron Europy, aby przed sezonem odebrać swe wyremontowane zabawki. Drepcą niecierpliwie w zakładzie niczym uczestnicy piwnego festynu przed drzwiami przybytku ulgi.

Nasze błagania odniosły skutek. Sebastian mógł pojechać do Prievidzy, aby dokonać rejestracji, a ja miałem dostarczyć tam szybowiec. Jurek i Bogdan Drenda poświecili w sobotę (w dniu otwarcia FCC) sporo godzin na dokonanie przeglądu, oraz wypełnianie niezbędnej sterty dokumentów. Uszczęśliwiony gnałem więc wieczorem przez śnieżyce i nawałnicowe deszcze na lotnisko pod zamkiem w Bojnicach. Nazajutrz mimo przejmującego chłodu i wiatru, oraz pełnego pokrycia burymi chmurami, pełni optymizmu gospodarze nakazują przygotowanie do lotów. Skostniałymi rękami montujemy i tankujemy szybowiec. Stwierdzamy, że nie da się napełnić zbiornika wody balastowej w ogonie szybowca. W kółku ogonowym jest niedostateczna ilość powietrza. Trzeba go wymontować do napompowania, bo podczas startu, lub lądowania można uszkodzić kółko, albo ogon, lecz nie ma czasu na naprawy. Należy wlec szybowiec na start. Jeszcze próba silnika dolotowego, który może być bardzo przydatny dla wyciągania z opresji przy takiej zdradliwej pogodzie. Przy trzeciej próbie uruchomienia turbina silniczka odrzutowego zaczyna połykać kłęby otaczającego ją dymu i przeraźliwie drażnić błony bębenkowe. Jednak po chwili traci obroty i gaśnie. Trudno. Należy uznać, że ta deska ratunku spróchniała i trzeba latać na szybowcu bez używania hałaśliwego wynalazku.

Na szczęście burze śnieżne w górach odwiodły organizatorów od zarządzenia wyścigu. Można było latać treningowo, ale nas czekała śmierdząca robota. Już pierwszy litr spuszczonego paliwa wyjaśnił sytuację. Maź spływająca wolno ze zbiornika zawierała trochę wody i miała konsystencję galarety. Bogata w parafinę australijska ropa w niskiej temperaturze zatkała przewody i filtr paliwa. Przepłukanie układu i zasilanie odpowiednim paliwem uzdrowiło ognistego smoka. Po zdjęciu kółka ogonowego i osłony zaworu spustowego okazało się, że zbiornika balastowego nie da się napełnić, bo… jest pełen wody, gdyż nie działa zawór spustowy. Czerwona, prawdopodobnie jeszcze australijska, glina szczelnie zatkała otwory spustowe i trzymała wodę w ogonie.

W drugim dniu zawodów pojawiło się szansa na latanie.

Mroźny i pochmurny ranek nie nastrajał optymistycznie, ale wiosenne słońce ma już swoją moc i dość skutecznie suszyło chmury oraz ziemię. Wyznaczono łamańce w południowym obszarze Słowacji o długości 240, 315 i 340 kilometrów dla poszczególnych klas. Warunki poprawiały się. Trzeba było trochę poczekać. Większość pilotów utrzymywała swe maszyny w pobliżu lotniska i wpadli w kłopoty, bo przykryła ich wkrótce ławica chmur. W związku z tym część zawodników nie odeszła na trasę, część musiała sprawdzić jak przetrwały oziminy na słowackich polach, a większość miała spore kłopoty na początkowych odcinkach tras. Sebastian w towarzystwie Adama Czeladzkiego (GOL) i paru innych pilotów oddalił się zaraz od uciążliwych rojów i w przyzwoitych warunkach wyczekiwał wyliczonego czasu odlotu. Przeskok spod chmur z wysokości 1800 m pozwolił na spokojne osiągnięcie linii startu i dolot do pierwszych przyzwoitych chmur na trasie.

Potem już było coraz lepiej, więc bezproblemowo sięgnął po zwycięstwo w klasie mix z przyzwoitym wynikiem 119 km/godz. średniej prędkości, a w pierwszej dziesiątce ulokowało się sześciu polskich zawodników. Partner Sebastiana z mistrzostw świata w Australii, Łukasz Grabowski, pewnie wygrał w klasie club.

Więcej zdjęć na stronie sebastiankawa.pl

Tomasz Kawa

Źródło: sebastiankawa.pl

Ocena:  
( 0 )      nie oceniany
  Opinii:  

0

  

Dodaj swoją opinię