2014-06-26

Szkolenie w Hütten - Szwajcaria cd.

Z tematem szkoleń lotniowych w Polsce większość nas jest zaznajomiona. Jednakże jak np. to sama nauka latania wygląda w Szwajcarii? Czy jest wyzwaniem ukończyć szkolenie w innym kraju? Zapraszamy Was do lektury dalszej części tekstu.

Kolejne dni

Tak jak wcześniej napisałem, po pierwszym dniu szkolenia miałem niesamowicie uciążliwe zakwasy, jeszcze do następnej soboty jadąc po raz kolejny na "Grundschulung", cały czas czułem większość używanych mięśni nóg, pleców i brzucha.

Ale co tam, chce się latać - trzeba się wysilić, przecież to nie motolotnia dla leniwych. Muszę też przyznać, że po pewnym czasie zaczęło się to robić uciążliwe, to ciągłe noszenie lotni na górę.

Takie zapętlenie: Marsz z lotnią pod górę -> czekanie na wiatr -> 10s lotu -> Marsz na górę -> Postój -> Marsz ->Postój -> 10s lotu.... albo czekanie.
:mieści się on na szczycie górki), zmontowałem, zdjąłem elektrycznego pastucha (poniżej rozbiegu, pasą się krowy, więc rozbiegając trzeba się szybko oderwać, żeby nie wdepnąć w placek - taki motywator, do szybszego biegania) wskoczyłem w uprząż i na start.

Sprawdzam wiatr, rzut oka dookoła siebie, samochody nie jadą, pieszych nie widać, korekta kąta natarcia i.... run, run, run, run.

Ha! jest, znowu lecę, ale świetne uczucie. Szybko trzeba się tym cieszyć, bo nie potrwa długo. Dobra, teraz szybki zakręt w lewo. Jest, udało się. (tu pojawia się pierwsza myśl: motolotnią zakręca się łatwiej). Chwilka po prostej i teraz zawrót w prawo. Patrzę tylko, żeby wychodząc z zakrętu nie zahaczyć gdzieś butami o drzewa, ale nie - to tylko tak się wydaje, w rzeczywistości było jeszcze parę metrów zapasu.

Ok, czas lądować. Będąc pionowo ściągam sterownicę na ile mi starcza ruchu, ale zbyt wiele to nie daje. Słyszę przez radio: "flaring, flaring, flaring...." i magiczne "TAK!'" wypchnięcie i.... wpadam w sam środek malutkiego strumyka, który płynie sobie w poprzek mojego podejścia do lądowania.

Buty mokre, ja cały w błocie i tak oto zakończył się mój pierwszy lot z 70-cio metrowej górki.W samym środku maleńkiego strumyka.

No cóż, skończyło się dobre, trzeba się zabrać na górę. Teraz co prawda już nie musiałem targać lotni pod górę, ale za to trzeba było wejść na piechotę po następną lotnię (a po drodze przeczołgać się pod elektrycznym pastuchem, który jak na złość był w najbardziej stromym punktcie stoku).

Następne zadanie (już w drugim średnim locie), to pozycja leżąca. Po 15-minutowym odpoczynku znowu ubieram się w uprząż, wpinam w różową panterę (tak nazwaliśmy szkolnego marsa, o niesamowicie oczojebnym różowym kolorze) i na start.

Sprawdzam wszystko po kolei, wiatr idealny, czysto dookoła i go! Run, run, run, run.... znowu lecę. Chwilka po prostej, tak jak wcześniej zakręt w prawo, wyprostowanie i zbliża się wielki moment. Kładę się. Łoooo! Co prawda wcześniej testowałem tę pozycję na ziemi, ale tutaj to co innego! Ja się kładę...., lotnia przyspiesza...., bomba! Nogi na króciutką chwilkę w kokon. Zawrót w lewo z tej perspektywy wygląda zupełnie inaczej. Jest jakoś tak.... szybko.

No i już koniec dobrego, czas wracać do pionu, zaraz potem znowu: flaring, flaring, fl... TAK! No, udało się - lądowanie 2m przed strumieniem.

Szczęśliwy z udanego lotu ochoczo maszeruję pod stok (ponownie wypluwając płuca), żeby spróbować tego jeszcze raz.
Tak, warto się trochę namęczyć.


Pierwszy wysoki lot


Przyszedł dzień pierwszego wysokiego lotu.
Nie wiedziałem gdzie to będzie, jedyne co powiedział mi Thomi to to, że będę miał niesamowicie dużo miejsca do lądowania.

Miał rację, miejscem do lądowania okazał się być gigantyczny trawnik naprzeciwko domu starców.

Rozstawiamy rękaw, 80-cio metrowy okrąg do lądowania, sprawdzam elewację (450m) i czas zmykać na górę. Jedziemy autem, 1000m, 1100 no.... jest dobrze, a jeszcze jedziemy. 1450 i widać łączkę, z której będziemy startować. Czas rozłożyć sprzęt i poczekać na pozostałych.

W końcu pada pytanie, kto jest gotowy. I lecę jako drugi. Tym razem już nie będzie "run run run", ani podpowiedzi.

Pierwsza lotnia już w powietrzu, Więc.... czas lecieć. Czekam tylko na dobry podmuch wiatru, krótki rozbieg i jest.

Lecę, tym razem mam sporo czasu na wszystko. Próbuję zapiąć kokon, ale w głowie mam barierę przed puszczeniem sterownicy, lotnia mi ucieka do zbocza.

Ok, prostuję, znowu zapinam, znowu ucieka - a chrzanić to, lecę z kokonem zapiętym do połowy.

Czas sprawdzić, jak to lata (wcześniej nigdy nie było czasu na zabawę, zawsze tylko start, zakręt, drugi zakręt i lądowanie).

Pierwsze wrażenie, to powoli - w porównaniu do motolotni (na której nadal aktywnie latam), bardzo powoli. Ale też lekko, bardzo lekko. Dolatuję powoli nad lądowisko, gdzie słyszę przez radio "No, pięknie Łukasz" i to po polsku!

Mam jeszcze jakieś 250m zapasu, więc można trochę pozakręcać i zacząć rozpinać kokon.... no właśnie, powtórka z rozrywki. Jak ciągnę za linkę, to lotnia mi skręca - trzeba będzie to poprawić przy następnym locie.

W końcu nogi są na zewnątrz, ściągam sterownicę ile się daje, ale i tak nie udało mi się trafić w 80-cio metrowy okrąg - przeleciałem.

Fajnie było, latanie na lotniach po prostu uzależnia, ledwo skończył się pierwszy wysoki lot, a ja już mam ochotę na więcej...



Czytaj więcej na stronie: lotnie.pl

Źródło: lotnie.pl

Ocena:  
( 1 )      bardzo słaby
  Opinii:  

10

  

Dodaj swoją opinię