2010-03-08

Świat widziany okiem i szkiełkiem Hesji

Relacja Sławka (hesji) Krajniewskiego z Międzynarodowego Salonu Lotniczego i Kosmonautycznego MAKS 2009.

To był wyjątkowy wyjazd już od pierwszej o nim myśli. Błądziłem jak ślepiec w labiryncie planów i zamierzeń tak do końca nie wiedząc, co jest dobre a co złe. Trzeba było podjąć wiele decyzji ot tak – w ciemno. Okazało się, że prawie wszystkie ruchy, a przy każdym była możliwość wyboru różnych opcji, okazały się... trafione! Postaram się zebrać najważniejsze informacje dla tych wszystkich z Lotniczej Polski, którzy myślą o podboju fotograficznym kolejnych Maksów, tak by nie musieli błądzić w ciemnościach jak ja. Z drugiej strony wiem, że pozbawię ich tego dreszczyku emocji towarzyszącego planowaniu wyjazdu, ale co tam. Zawsze przecież można tego co zaraz napiszę nie czytać i jechać w ciemno... tylko po co wywarzać już otwarte drzwi? :)

Akredytacje prasowe
Wszystko oczywiście zaczęło się od załatwienia akredytacji prasowych, które są szalenie istotne już tam na miejscu. Raz, że zezwalają na wejście w dniach niedostępnych dla reszty świata; dwa, że dzięki nim wchodzi się za darmo; trzy, że innymi – mniej zatłoczonymi bramkami; cztery, że dostaje się Press Pack z rozmaitymi Maksowymi gadżetami; pięć – bardzo ważne – mając akredytację prasową otrzymuje się wsparcie wizowe z biura prasowego czyli de facto zaproszenie. Na podstawie tego zaproszenia wizę otrzymuje się gratis! Na jedną redakcję przypadają z reguły dwie akredytacje. Nie jest to dużo ale da się żyć. Sporo trwały moje negocjacje z przemiłymi paniami z Maks Press Center, ale udało się wysępić presski dla całej naszej grupy (6 osób). Obiecałem, że nie będą tej decyzji żałować i... ponoć nie żałują :)

Transport
Było wiele opcji, zarówno dotarcia do Moskwy-Żukowskiego ,jak i poruszania się na miejscu. Dotrzeć do Moskwy mogliśmy samolotem/pociągiem. Podstawowymi ograniczeniami były czas i bezpieczeństwo nas i bagażu, więc wygrała opcja samolot. W dodatku Aerofłot. Nie ma się czego obawiać – piękny Airbus dostarczył nas komfortowo na Szeremietiewo 2. Na miejscu mogliśmy jeździć metrem/taksówkami/wynajętym samochodem/marszrutkami/autobusami czy czym tam jeszcze (marszrutka to zwyczajowa nazwa busika, a właściwie busików jeżdżących po ściśle określonych trasach). Problemem była wielkość naszej grupy i potęga bagażu. W związku z tym zrezygnowaliśmy z wynajęcia samochodu i to był kolejny strzał w 10! Rezygnując nie wiedzieliśmy jeszcze o tym, że do miasta Żukowski można było wjechać tylko ze specjalną przepustką! Wydalibyśmy kasę w powietrze, dużo kasy! Z lotniska pojechaliśmy metodą kombinowaną, czyli metro i marszrutki najpierw do centrum prasowego w Moskwie, a później do centrum prasowego na lotnisku Ramienskoje w Żukowskim.

Przepiękne moskiewskie metro

Na lotnisko, już podczas trwania Salonu, nie można było ot tak wejść bramą, tylko trzeba było wjechać jednym z dziesiątek specjalnych autobusów, które kursowały non stop na linii stacja kolejowa (Otdych) – MAKS. Fajnie to wyglądało, bo po Żukowskim w zasadzie jeździły TYLKO autobusy MAKS :)

Autobusy MAKS zdominowały miasto Żukowski

Natomiast stacja kolejowa (Otdych) wyglądała jak znane nam z historii obrazki. Ludzie wysiadali z pociągu i wpadali na szpaler milicji i omonu z bronią, psami i megafonami. Cały strumień przewalał się do bramek, gdzie robiono wszystkim kontrolę bagażu, a z bramek ładowano naród do wspomnianych wyżej autobusów i bez przystanków, tak stłoczonych wieziono na lotnisko. Na lotnisku znowu szpaler milicji i OMON-u do kolejnych bramek, gdzie kontrola była bardziej szczegółowa włącznie z prześwietlaniem bagażu. Wszystko było przygotowane rewelacyjnie. Całe miasto z okazji pokazów lotniczych było zamknięte. Mieszkańcy Żukowskiego na czas Maksa po prostu wyjechali. I nic dziwnego. Ich miejsce w mieście zajęli milicjanci.

Zakwaterowanie
Mieliśmy załatwić sobie hotel w Moskwie, ale nie było to takie proste. Raz, że drogo jak cholera a dwa, że mimo wszystko daleko. Dojeżdżanie z Moskwy mogłoby się wiązać z wieloma problemami. Dlatego zrezygnowaliśmy jeszcze będąc w Polsce z zaklepanego hotelu i szukaliśmy kwatery na miejscu w mieście Żukowski. Udało się znaleźć firmę zajmującą się wynajmowaniem całych mieszkań. Dla nas miał to być strzał w 10! I był :) Gdy jedzie sześć osób to zakwaterowanie stanowi dość istotny problem. A tak wynajęliśmy mieszkanie, które kosztowało każdego z nas 100zł za dobę czyli o wiele taniej niż hotel. Zwykłe mieszkanko na zwykłym rosyjskim osiedlu. Luksusowo nie było ale wesoło jak cholera :)

Osiedle na którym mieliśmy naszą bazę

Ludzie na lotnisku – spotterzy?
Jeżdżąc po różnych europejskich imprezach lotniczych można poznać charakterystyczne dla danego kraju zachowania ludzi na lotniskach. Szczerze mówiąc Polska i Polacy wypadają w tym porównaniu wcale nieźle. Gdy na Maksie wyciągnęliśmy swój sprzęt to miałem chwilami wrażenie jakbyśmy dla Rosjan przylecieli z kosmosu. Robili nam zdjęcia i wyglądało to trochę dziwnie, bo albo robili nam fotki totalnie z partyzanta, że niby ich nie widać, albo stawali 2 metry przed nami i robili nam zdjęcia jak manekinom na wystawie – zupełnie mechanicznie, nie mówiąc przy tym żadnego słowa, ani dziękuję czy pocałujcie mnie w ... Potem, po Maksie zdjęcia z nami mogliśmy podziwiać na rosyjskich lotniczych portalach – co potwierdzało moją teorię o naszym galaktycznym pochodzeniu :) Generalnie większość osób na lotnisku przyjechało jak na piknik. Przede wszystkim z aparatami kompaktowymi.

Nasz Qna z prawej i rosyjscy spotterzy fotografują startujące Su-30MKI i Su-35

Spotterzy - sportowcy pod płotem lotniska

Spotterów w takim profesjonalnym wydaniu też oczywiście widzieliśmy. Większość z nich zalogowała się na wieży kontrolnej mając chyba najlepszą sposobność do fotografowania "ze słońcem". Niektórych rosyjskich spotterów poznaliśmy wśród publiczności. Byli przebrani w takie śmieszne mundurki i sami do nas podeszli prawdopodobnie przyciągnięci urodą będącej z nami Ewy :) Mieliśmy okazję trochę poplotkować o Maksie i o tym czego możemy się spodziewać. Podpowiedzieli nam też super miejscówkę z drugiej strony lotniska. Na lotnisku poznaliśmy też szefa grupy Striżi, którego już po jakimś czasie mieliśmy serdecznie dość, bo nie dawał nam spokoju. Przeciętni Rosjanie byli i dla nas też trochę jak z innej bajki. Trochę inne ubrania, inny wygląd, inne zachowanie. Nie mogę tu nie wspomnieć o wyjątkowej i wszędobylskiej urodzie Rosjanek, co było całkowitą odmianą od widoków zapamiętanych choćby z UK, gdzie podczas tygodnia pobytu nie udało się spotkać nawet jednej ładnej dziewczyny (no chyba że Polkę). Fajni też byli biznesmeni rosyjscy. "Wypasiona fura", łysa głowa, super garnitur – norma. Widzieliśmy też biznesmenów gadających przez komórkę podczas jazdy... na hulajnodze :) Niezależnie od tego czy był to spotter, piękna dziewczyna czy biznesmen, gdy zaczęły się pokazy wszyscy zaczęli wyjątkowo żywiołowo reagować. Najbardziej podobało nam się, jak cały naród zaczynał krzyczeć Urrrrraaa! hihi. Była naprawdę super zabawa.

Pokazy
Same pokazy na Maksie to jakby tylko dodatkowy element salonu lotniczego. Nie było tak jak podczas zwykłych pokazów lotniczych, że z mniejszym czy większym nasileniem loty odbywają się od rana. Trwały targi, a czas samych pokazów był z góry określony każdego dnia. Oczywiście, jak wszędzie były przesunięcia i nieścisłości, ale w zasadzie nie było większych problemów.

Główna aleja Salonu Maks

Byliśmy na Maksie od wtorku do soboty. Każdy dzień wyglądał inaczej i działo się co innego. Codziennie jednak odbywała się ta sama szopka z transportem na lotnisko oraz z kontrolami przy wejściu. Najbardziej zaawansowane kontrole były we wtorek, czyli w dzień nazywany na Salonie dniem prezydenckim. Tego dnia bowiem na lotnisko Ramienskoje zawitał sam Władimir Putin.

Udało mi się ustrzelić słynne spojrzenie Putina. Łatwo nie było.

Wyglądało to tak, jakby na lotnisko przyleciał co najmniej sam Bóg, ale to opowieść na zupełnie inną okazję.

Zaraz po przejściu kontroli i wejściu na teren lotniska rozpoczęła się randka z rosyjskimi samolotami. Randka od dawna wyczekiwana i na poziomie gdzie indziej nieosiągalnym! Przywitały nas na wystawie statycznej dwa kolosy: Tu-144 i An-124 Rusłan.

Moje pierwsze spotkanie z Tu-144. Fot. Tomasz Qna Chochół

Ta maszyna jest po prostu piękna

Potężne 4 silniki robiły piorunujące wrażenie

An-124 Rusłan

Idąc dalej robiło się jeszcze ciekawiej. Stało tam prawie wszystko co chciałem zobaczyć - może jedynie poza Tu-22M. Była za to cała rodzina MiG-ów, zaczynając od wszystkich chyba najnowszych wersji MiGa-29 czyli OVT i SMT na czele.

MiG-29 SMT

Było na czym zawiesić oko na wystawie statycznej

Wyborna linia ogonów na wystawie statycznej

Był też MiG-31BM i MiG-35. Cała rodzina stajni Suchoja w różnych wersjach od Su-24M poprzez Su-25, Su-27SM, Su-30MKI, Su-34 i Su-35BM oczywiście. Cała gama śmigłowców z przecudnym Ka-52, przebrzydkim Mi-28 i potężnym Mi-26.

Mi-28

Potężny Tu-95

Znowu ogony – Tu-95, Tu-160, An-22

Nie zabrakło A-50, Tu-95MS, Tu-160 czy monstrualnego An-22A. Stało też sporo samolotów pasażerskich, ale te jakby mniej mnie interesowały.

Pokazy w locie pierwszego i drugiego dnia rozpoczynały się o godzinie 14.00 i trwały ok. 3 godzin. Z reguły rozpoczynały się od efektownego zrzucenia wody zafarbowanej na rosyjskie barwy przez Be-200.

Be-200 w pozorowanym gaszeniu pożaru

Dobrze się stało, że byliśmy na miejscu tyle dni. Dzięki temu udało nam się zapolować na w miarę dobre światełko oraz na ciekawe maszyny. Niektóre bowiem latały tylko w dniu prezydenckim, a inne na oficjalnych pokazach. Udało nam się ustrzelić i Su-34 i Jaka-130, które podczas pokazów nie latały wcale. Mamy flary Striżich, które nie rzucały flar podczas dnia prezydenckiego (może ze względów bezpieczeństwa?). Oczywiście inne Suczki i Migi latały non stop.



Su-34 podczas pokazu w dniu prezydenckim



Rewelacyjny Jak-130

Żałowałem, że ani OVT ani Su-30/35 nie latały z tymi charakterystycznymi, gęstymi, różowymi dymami. Przez to ich pokaz wyglądał mniej widowiskowo. Bardzo zacnie w powietrzu prezentował się Ka-52.





Su-35

Su-30MKI

MiG-29 OVT

Ka-52 Aligator

Zacny zestawik w locie

Na wysokości zadania jak zwykle stanęli Frecce Tricolori i Patrouille de France. Niestety wspaniałemu Rafale dwa razy przytrafiła się przygoda z awarią silnika. Mimo to pokazał rosyjskim "akrobacyjnym" samolotom jak szybki i zwrotny powinien być współczesny myśliwiec.





Frecce Tricolori

Patrouille de France



Rafale

Kapitalne wrażenie zrobiły na mnie Sokoły Rossji latające na Su-27. W czwartek pokazały kilka symulowanych walk powietrznych. Wyglądało to rewelacyjnie! Ten ryk silników na dopalaniu, mniam.

Sokoły Rossji przed rozpoczęciem symulowanych walk

Niestety nie latała grupa Russkije Witiazi z racji zaistniałej 2 dni przed "Maksem" katastrofy, w której zginął ich dowódca – Igor Tkaczenko. Podobno Russkije Witiazi zrobiły tylko jeden przelot na zamknięcie "Maksa" w niedzielę, ale w tym czasie my już lataliśmy po... Placu Czerwonym :)

Teren pokazów przeznaczony dla publiczności rozpoczynał się zaraz za budynkami Salonu, a od strony pasa startowego ograniczała go linia stojących żołnierzy. Stali oni plecami do pokazów bez względu na wszystko.

Żywe barierki Maksa

Czasem, na wyraźny rozkaz dowódcy przesuwali się w jedną czy w drugą stronę – zdecydowanie burząc szyki takim jak my, którzy przygotowywali miejsce do fotografowania bardzo pieczołowicie no i mieli sporo sprzętu do przeniesienia. Przesuwali się w stronę pasa i oddalali od niego w zależności od tego co miało w danej chwili latać. W zasadzie to dość sprawne i elastyczne urządzenie takie "żywe barierki" :)

Przesunięcie żołnierzy powodowało niezłe zamieszanie

Położenie lotniska sprawiło, że niestety wszystkie loty odbywały się "pod słońce". Dlatego też, dla widzów chcących przyfocić "ze słońcem" postawiono specjalną platformę z drugiej strony pasa startowego. Pomysł zacny, ale wiązał się z pewnymi ograniczeniami. Po pierwsze loty i tak odbywały się w większości sytuacji na południe i od tej platformy, po drugie - cena za przebywanie na niej była kosmiczna. W normalny dzień 350zł a w dzień pokazów (piątek-niedziela) aż 650zł! Żeby było ciekawiej, są to ceny dla osób z akredytacjami prasowymi (jak my!)czyli z 50% zniżką :) Mimo szczerych chęci i dość konkretnych względem platformy planów, w ostatniej chwili z niej nie skorzystaliśmy i to również było trafione posunięcie. Postanowiliśmy bowiem na własną rękę dostać się na południową stronę lotniska (za płotem). Pojechaliśmy tam w czwartek i po długim brnięciu przez pola i trawy doszliśmy do prawie idealnego i jakże malowniczego miejsca!

Przeprawa na drugą stronę lotniska nad rzeką Moskwą. Fot. Leszek Kobusiński

Widok w stronę lotniska i ogródków działkowych

Widok na rzekę i... Sokoły Rossji. Fot. Tomasz Qna Chochół

Przed nami lotnisko z wieżą kontrolną a za nami rzeka Moskwa z jej wysoką skarpą i klimatycznymi barkami przepływającymi raz po raz. Było pięknie, a stało się jeszcze ładniej jak zaczęły nad naszymi głowami latać przeróżne maszyny. Moja 500-tka nie dała rady łapać samoloty w całości w kadr. To było to! Dopalacz Su-35 nad samą głową! Mniamm :) Oczywiście nie byliśmy tam sami. Byli pilnujący nas wszędobylscy milicjanci, którzy nie omieszkali nas o wszystko wypytać i wylegitymować. Ale co tam! Ważne, że miejsce było na bogato. Dziwiliśmy się, że nie ma tam prawie wcale miejscowych spotterów.

Miejsce do fotografowania nie było w tych dniach taką przeszkodą jak pogoda :/ W zasadzie idealnej pogody do focenia nie było żadnego dnia. We wtorek bardzo silne słońce i potężna termika. Od środy walka ze słońcem i chmurami, niestety takimi dość bezpłciowymi. Szarymi bez jakichkolwiek kontrastów. Najlepiej było w czwartek po południu – gdzie po deszczu na niebie zaczęło się dziać coś ładnego, oraz na koniec pokazów w sobotę – gdy wyszło piękne słońce z niebieskim niebem akurat podczas pokazu Frecce Tricolori. Myśleliśmy, że to dobra wróżba na niedzielę i chcieliśmy nawet odpuścić zwiedzanie samej Moskwy ale niestety :( W niedzielę było najgorzej więc darowaliśmy sobie wypad na salon kosztem zwiedzania przepięknego i przepełnionego kontrastami miasta – Moskwy.







Planując wyjazd na MAKS należy przynajmniej jeden dzień zarezerwować na zwiedzanie przepięknej Moskwy.

Ekipa lotniczych świrów z Maks 2009. Od lewej: Hlynur, hesja, wilk325, antrez, Qna, FMS

Pożegnaliśmy Moskwę z pokładu PLL LOT późnym wieczorkiem. Mam sporo do fotograficznego nadrobienia zarówno w tym pięknym mieście jak i na samym Salonie MAKS. Odlatując mogłem zatem tylko powiedzieć: do zobaczenia w 2011 roku!

Wydatki
Koszty wypadu jak się później okazało nie były dramatycznie wysokie. Pewnie za sprawą naszych kombinacji i poczynionych oszczędności już na miejscu (np. to, że nie próbowaliśmy dostać się na platformę). Piszę tu o kosztach bo jest to najczęściej zadawane pytanie dot. pokazów MAKS.

Koszty w przeliczeniu na jedną osobę:
Samolot - 1500zł (przy wcześniejszym zakupie może to być jakieś 1000-1200zł),
Kwatera – 600zł (za 6 noclegów przy założeniu, że wszyscy śpimy na wynajętej kwaterze),
Wiza – 300zł (to kwota maksymalna przy braku zaproszenia na MAKS)
Wyżywienie – 400zł (kwota orientacyjna – nie szaleliśmy z jedzeniem ani z piciem po knajpach)
Koszty dodatkowe – 100zł (transport na miejscu, rejestracja)

Łączna suma przy założeniu braku rozrzutności oraz dość wczesnym załatwieniu wszelkich formalności i z akredytacjami prasowymi powinna się zamknąć w kwocie 2300-2500zł...

Czy dobrze rozumiem, że w 2011 roku będzie nas więcej? :)

Sławek hesja Krajniewski
Ocena:  
( 7 )      dobry
  Opinii:  

1

  

Dodaj swoją opinię

Utworzony: 2010-03-26 17:55:58 Anonim

super relacja...mam tylko pytanie,jeżeli załatwię wizę turystyczną,to na sam salon dostanę się bez problemu?czy konieczne jest zaproszenie...