2016-11-22

Sebastian Kawa: Na fali w Bieszczady

Halnego brak, za to otwarto trasę Żar – Bieszczady. Przelot na fali do wschodnich granic Polski był wyzwaniem, jakiego wcześniej skutecznie nie udało się jeszcze nikomu podjąć.

Przelot na fali z Żaru do wschodnich granic Polski był wyzwaniem, jakiego wcześniej skutecznie nie udało się jeszcze nikomu podjąć. Na fali latano już mniej lub bardziej intensywnie na wielu lotniskach: w Bielsku-Białej, na Górze Żar, intensywnie w Nowym Targu, na lotniskach sądeckich Jodłowiec, Kurów, Łososina Dolna, zdarzało się że i w Krośnie, a ostatnio w Bezmiechowej, Weremieniu i Żernicy Wyżnej. Trudno jednak trafić na dzień, gdy pogoda na całym tym odcinku jest idealna. To prawie 300 km, sporo, nawet w skali synoptycznej i odpowiada mniej więcej szerokość frontu atmosferycznego, albo jet streamu.

W naszym obszarze geograficznym przeważają wiatry zachodnie, toteż w Sudetach najczęściej występują warunki falowe. Zwykle tak się układa, że gdy wiatr gwiżdże na Śnieżce wieje w Beskidach, to w Bieszczadach nie ma tchnienia wiatru. Z kolei, gdy wieje w Bieszczadach, Sudety i Beskidy zakryte są szczelną i deszczową pokrywą chmur. Dziś polało nam mocno w nocy, teraz pogoda spacerowa, natomiast Bobula mocuje się z halnym nad wzgórzami wokół Soliny.

Od zeszłego roku poluję na pogodę pozwalającą wzlecieć nad Tatry bardzo wysoko. Do tej pory nie odczekaliśmy się halnego, który tak jak to bywało za dawnych lat, wieje przez 3 dni z południa, topi śniegi, a potem przynosi trzydniową szarugę z deszczem. Ubiegłej jesieni przy pomocy przyjaciół z Aeroklubu Żar, oraz wsparciu wojskowych zakładów lotniczych w Bydgoszczy, WIML oraz PAŻP przygotowaliśmy się do wysokościowych lotów. W tym roku ponownie, ale jak do tej pory odpowiednich warunków do lotu w stratosferę nie było.

Sudety mają regularny układ, więc tam najpierw zaczęto wykonywać wahadłowe przeloty w obszarze występowania fal. Beskidy są rozproszone, fala chaotyczna, toteż pierwsze próby przelotów zniechęcały pilotów. Kusiło mnie bliskie sąsiedztwo Tatr, toteż znalazłem ścieżki do nich. Następnym wyzwaniem było pokonanie Bramy Morawskiej i odwiedziny kolegów latających nad Karkonoszami. Przyszła kolej na zapięcie klamry polskich gór i lot do kolebki naszego szybownictwa.

Większe zainteresowanie lotami falowymi spowodowało, że dzięki wysiłkom wielu kolegów PAŻP utworzono strefy, które można rezerwować dla lotów na szybowcach wzdłuż południowej granicy Polski. Podobne istniały nad Tatrami i Beskidami, ale nie można było pomiędzy nimi przelecieć na dużej wysokości. Teraz, jest to możliwe. Postanowiłem, wraz Bogdanem Dorożką skorzystać z tej możliwości i wykonać przelot w Bieszczady i z powrotem. Sygnał o sprzyjającej pogodzie rozniósł się lotem błyskawicy. Na Żar przyjechało kilkudziesięciu pilotów, w większości z własnymi szybowcami. Od razu powstał problem, który trudno opanować w tak dużej masie. Jak pokierować ruchem i sprawnie wyholować to całe towarzystwo w powietrze. Lotnisko, które kilka dnie temu zalewały deszcz nie było też w najlepszym stanie.

Już po 5-ej przed świtem montowane pierwsze przywiezione szybowce, a holowanie rozpoczęto rankiem, gdy z hangaru udało się wytoczyć samolot przez gąszcz wózków i szybowców. Mnie udało się wystartować ciut za późno, jak na tak długi i pionierski lot. Rotor nad Międzybrodziem Bialskim szybko wyniósł mnie w górę, gdzie na 3000 m dołączyłem do Darka Żbika, Bogdana Dorożko i Janka Krzyżanowskiego.

Drugim przystankiem była Babia Góra, skąd dostaliśmy się nad Tatry. Janek i Darek zostali w naszych Alpach, a Js1 którym leciałem i ASG Bogdana po osiągnięciu 4600 m popędziły w wiatrem, omijając cofając się pod Czorsztyn granicę Słowacji. Góra Skałka dająca falę znaną Sądeckim chodokom, nie zawiodła. Było tam niezłe wznoszenie, ale łączące się w jedną linię chmury zachęcały do ciągłego lotu po prostej. I rzeczywiście dało się tak lecieć. Najsłabszy odcinek stanowiła fala za Beskidem Niskim na trawersie Krosna.

Bieszczady skręcają na południe, więc były lepiej ustawione do kierunku wiatru. Znaleźliśmy tam dobre wznoszenia. Pięknie ukształtowane soczewki zapraszały w Gorgany, ale za Żernicą granica i trzeba było zawrócić. Do zachodu zostało ponad 2 godziny czasu z małym naddatkiem, ale wiatr powyżej 3 tyś. metrów wyraźnie zaczął zmieniać kierunek na zachodni.

Lecieliśmy więc pod wiatr, a do tego fala stała się bardzo nieregularna. Między Duklą a Gorlicami spotkaliśmy się z niecodziennym zjawiskiem. Rotory, przestały nosić od strony południowej i ustawiły się w linię, wzdłuż osi wiatru. (Kelvin Helmoltz rolls) Przelatując przez nie można było utrzymać się na w miarę stałej wysokości, ale było bardzo turbulentnie. Musiałem mocno trzymać aparat i inne drobiazgi, aby nie rozbiły kabiny.

Przed Łososiną stało się jasne, że braknie dnia aby dolecieć do Żaru. Postanowiłem skorzystać ze znanej gościnności tego sądeckiego lotniska, na którym obrastał w lotnicze piórka mój tato. Nie zawiodłem się.

Bogdan Dorożko wykorzystał dzień do końca i doleciał do lotniska w Nowego Targu, na którym już wcześniej wodował Darek Żbik. Kolejny szlak falowy w Karpatach przetarty. Mam nadzieję, że dożyję czasów kiedy przy sprzyjających okolicznościach będzie można śmigać do Rumunii przez Bieszczady, Gorgany, Bukowinę.

Dla wnikliwych zapis lotu jest dostępny na OLC.

Relacja i zdjęcia

Sebastian

Źródło: sebastiankawa.pl

Ocena:  
( 1 )      znakomity :)
  Opinii:  

0

  

Dodaj swoją opinię