2016-12-30

Sebastian Kawa: Australia po litewsku

Sebastian Kawa będzie jednym z siedmiu polskich zawodników, którzy wezmą udział w rozgrywanych w australijskim mieście Benalla 34. Szybowcowych Mistrzostwach Świata [relacja z Australii].

Nie tego się spodziewaliśmy. Minął kolejny dzień australijskich deszczów. Gintas Zube witając nas na lotnisku stwierdził, że poczuł się jakby nie wyjechał z Litwy, bo niebo wygląda dokładnie tak samo jak dobę temu w Europie. Jedynie temperatura pozwala skrócić nieco ubranie, ale przechodzące co kilka minut krótkie mżawki przypominają te spływające znad Bałtyku.

Nie znamy Australii. Nikt z naszej ekipy nie tu latał.

Wprawdzie wracając w 2007 roku z wygranego Grand Prix w Nowej Zelandii odwiedziłem z Ziggim Kusiakiem jego klub w Boonah, ale pogoda pozwoliła tylko na krótkie spacery dwumiejscowym Astirem. Raptowny przeskok na drugą stronę kuli ziemskiej wymaga też adaptacji, dlatego jesteśmy tu parę dni wcześniej niż zwykle przed otwarciem mistrzostw. Przygotowanie do zawodów wymaga przy tak dalekiej podróży sporo czasu.

Szybowce wysłane przed kwartałem przetrwały podróż przez trzy oceany bez uszkodzeń. Jednak zarówno w Polsce przy pakowaniu ich do kontenera, jak i odwrotna procedura na miejscu, na skraju asfaltowej stojanki w Benalla, wymagało całego dnia wytężonej pracy, której nie ułatwiał nam deszcz.





Trzeba się mocno namozolić, aby poszczególne elementy szybowców i ciężką przyczepę precyzyjnie przymocować do specjalnej kratownicy, a potem ostrożnie wyjąć. Rosjanie, Czesi, Afrykanie, otwierali także stojące w rządku stalowe puszki walcząc z linami, pasami, oraz różnego typu mocowaniami, ziewając przy tym niemiłosiernie. Bracia Jonker posłużyli się samolotami Qantas, aby przerzucić na mistrzostwa swoje nowiuteńkie JS-3. Będą naszymi konkurentami w klasie 15-metrowej.

Zmiana o 10 stref czasowych wyraźnie daje się we znaki. W dzień, gdy w Europie jest środek nocy, chce się spać. Natomiast w nocy nie pomaga nawet liczenie dużych stad baranów.

Przestawienie się wymaga kilku dni, więc to łagodzi złość na kaprysy pogody. Jednak stopniowo organizm się nauczy, że noc to nie jest poobiednia drzemka. Udaje mi się już wstawać o 6 rano, więc dobrze by było oderwać się wreszcie od ziemi. Większość prac przy już zrobiona, zważyliśmy się, zarejestrowali. Resztę drobiazgów można poprawiać w trakcie treningowych lotów, ale cóż skoro pada i pada.

Australia jest płaska, lecz Banalla leży przy zachodnim skraju badanych niegdyś przez E. Strzeleckiego Gór Wododziałowych. Rzadko się tam lata, ale z pewnością kryją się tam „gorące miejsca”, a doloty często przebiegają wzdłuż małych wzniesień, które mogą dodać nieco energii szybowcom, albo sprawić przykrą niespodziankę. Innych tajemnic okolic i dużych odmienności klimatycznych nie znamy. Trzeba to tu trochę polatać, aby myśleć o równorzędnej rywalizacji. Idealnie byłoby przyjechać w takie miejsce rok wcześniej i wystartować w zawodach, ale nie udało się tego zrealizować. Jest jak jest. Australia nie leży w zasięgu rzutu beretem.





Mamy liczną ekipę. W klasie 15 metrowej będę latał z Łukaszem Grabowskim, oraz Mirkiem Matkowskim, który skorzystał z dodatkowego miejsca za moją wygraną w 2014 roku w Lesznie. Będziemy latali na dwu polskich Dianach 2, a Mirek spróbuje sił latając na ASW 27. W klasie otwartej nowy szybowiec JS1 – zakupiony w tym roku przez Aeroklub Polski – dosiądzie Łukasz Wójcik, a Adam Czeladzki będzie latał na własnym JS-1 przystosowanym do sterowania rękami. W klasie 18 m reprezentację zasilił Tomek Krok i zakwalifikowany z zawodów w Lesznie Paweł Wojciechowski. W sumie lata nas siedmiu.

Cała relacja na stronie www.sebastiankawa.pl

Sebastian

Źródło: www.sebastiankawa.pl

Ocena:  
( 4 )      znakomity :)
  Opinii:  

0

  

Dodaj swoją opinię