2015-04-26

Piloci Czarnobyla

Czarnobyl, 29 lat temu. Katastrofa w elektrowni jądrowej. Mało kto wie, że jedyne zachowane zdjęcie zrobione w tym dniu wykonał reporter i autor książki „Czarnobyl. Spowiedź reportera” Igor Kostin z pokładu śmigłowca, który pilotował jego przyjaciel.

Na czarnych kartkach białym, grubym drukiem czytamy: 26 kwietnia 1986 roku ze snu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Nie zapalając światła, machinalnie podniosłem słuchawkę. Oczy miałem wciąż zamknięte. Poznałem głos jednego z moich przyjaciół, pilota helikoptera.

‒ Igor, w elektrowni atomowej w Czarnobylu wybuchł pożar. Lecimy tam. Dołączysz do nas?

Pracowałem jako fotoreporter dla Agencji Prasowej Nowosti i nocne telefony nie były dla mnie niczym zaskakującym. Zaspanym jeszcze głosem powiedziałem, że chętnie z nimi polecę. Odkładając słuchawkę, naciągałem już na siebie spodnie. Rezygnując z prysznica i z kawy, wyszedłem z mojego małego mieszkania w dzielnicy betonowych bloków, typowej dla Kijowa. Wstawał świt. Strażacy z pewnością ugaszą wszystko, zanim tam dotrzemy. Ale to nic! Zrobię zdjęcia z góry. Spotkaliśmy się na lądowisku helikopterów. Czterdzieści pięć minut lotu, sto pięćdziesiąt kilometrów między Kijowem i Czarnobylem, ponad równiną usianą fabrykami. W tym czasie przejrzałem sprzęt, wyczyściłem dwa aparaty i włożyłem do nich filmy. Miałem za sobą już dziesiątki takich jak ten poranków.

Około południa ujrzeliśmy masywną sylwetkę elektrowni. Ogromny kompleks zabudowań przypominał fabrykę, która z dala od innych przycupnęła blisko rzeki. Poza prawie przezroczystym, białym dymem, który zmieszany z chmurami unosił się nad jednym z budynków nic nie wskazywało na katastrofę. Niecierpliwie przysunąłem twarz do okienka, żeby zobaczyć, co się właściwie stało. W rękach trzymałem gotowy do pracy aparat. W helikopterze panował ogłuszający hałas. Kiedy podlecieliśmy bliżej, zobaczyliśmy wielkie zamieszanie. Podjeżdżało i odjeżdżało mnóstwo wojskowych samochodów. Widziałem już takie sceny w Wietnamie i Afganistanie, ale nie spodziewałem się, że fotografując pożar, znowu zobaczę coś takiego blisko mojego domu, na Ukrainie. Helikopter leciał dalej. Tu już nie było nikogo żywego. Pod nami widniała ogromna dziura niczym otwarty grobowiec. Ku niebu wznosił się słup białej pary. Elektrownia składała się z czterech oddzielnych bloków, każdy z reaktorem. Dach czwartego, wykonany z trzech tysięcy ton zbrojonego betonu, wskutek eksplozji uleciał do góry i rozpadł się, jakby był z papieru. Wśród ruin tliło się ledwie dostrzegalne czerwonawe światło topiących się prętów reaktora. Poczułem, że jestem zlany potem. Temperatura była bardzo wysoka, choć nie widzieliśmy płomieni. Automatycznie, jak zawsze, żeby uniknąć refleksów na filmie, otworzyłem okienko. Kłąb gorącego powietrza wdarł się do kabiny helikoptera. Zaczęło mnie straszliwie drapać w gardle. Było to nowe, nieznane dotąd uczucie. Z trudem przełykałem ślinę. Pewnie to toksyczne opary pożaru. Powstrzymując się od kaszlu, skierowałem obiektyw ku ziemi. Zrobiłem dwadzieścia zdjęć. Nagle mój aparat zaciął się. Bezskutecznie naciskałem spust raz za razem. Pilot znów przeleciał nad elektrownią. Ponieważ nie mogłem fotografować, zawróciliśmy bez lądowania. Cała wyprawa dla dwudziestu zdjęć! Kiedy później w Kijowie wywoływałem kliszę, okazało się, że wszystkie klatki są zupełnie czarne. Jakbym otworzył aparat w pełnym świetle z włożonym weń filmem. Wówczas tego nie rozumiałem, ale był to skutek radioaktywnego promieniowania. Maria Skłodowska-Curie doświadczyła tego samego, gdy wyodrębniła rad. Tylko na pierwszej klatce osłoniętej całą rolką można było coś dostrzec. Wysłałem zdjęcie do Moskwy, do siedziby agencji Nowosti. Nie zostało opublikowane. Ale wiedziałem już wtedy, że wrócę do Czarnobyla, by dalej fotografować.




Elektrownia jądrowa w Czarnobylu widziana z góry w dniu 26 kwietnia 1986 roku. Jest to jedyne na świecie zachowane zdjęcie zrobione w dniu katastrofy. Ziarnisty obraz jest spowodowany bardzo wysokim poziomem napromieniowania (radiacji). Wszystkie pozostałe klatki na kliszy Igora Kostina zostały całkowicie prześwietlone…


Przelot nad elektrownią, maj 1986 roku. Wnętrze wojskowego śmigłowca zwiadowczego. Wbrew zaleceniom bezpieczeństwa drugi pilot zdjął „kaganiec”, maskę przeciwgazową, pochodzącą z okresu drugiej wojny światowej

Wojskowe śmigłowce oraz piloci stali się cichymi bohaterami tamtych tragicznych dni. Do głównych ich zadań należało: zrzucanie na elektrownię piasku, ołowiu, mieszanek klejących, wszystko po to, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się pyłów radioaktywnych. O tym jak bardzo narażali swoje życie świadczą słowa Kostina, że piloci latający nad elektrownią mdleli wykonując swoje zadania. Siergiej Wasiljewicz Sobolew podał do wiadomości autora zdjęć i książki, że: Na wysokości trzystu metrów nad reaktorem poziom radioaktywności dochodził do tysiąca ośmiuset rentgenów na godzinę. Piloci chorowali w czasie lotu. Chcąc wrzucić worki z piaskiem dokładnie w żarzący się otwór, wychylali głowy z kabiny.


Armada śmigłowców. Odegrały one pierwszorzędną rolę w bitwie przeciw „atomowej bestii”. W pierwszych dniach wypełniały ołowiem i piaskiem ziejącą dziurę po wybuchu. Wykonały mnóstwo lotów zwiadowczych, rozsiewały płyn odkażający, transportowały materiały potrzebne do budowy sarkofagu. Wielu pilotów zostało poważnie napromieniowanych


„Zwiadowca” atomowy, lato 1986 roku. Budowa sarkofagu postępowała naprzód. Starano się ograniczyć szkody. Dozymetryści latali nad miejscem katastrofy pięć razy dziennie, żeby zmierzyć poziom radioaktywności, która powodowała zakłócenia w zjawiskach meteorologicznych i w kierunkach wiatru


Odkazić… jak najszybciej. Po wybuchu reaktora elektrownia i cały kompleks wokół niej był przysypany pyłem radioaktywnym. Wojskowe śmigłowce kilka razy na dzień zraszały teren mieszanką powodującą przyklejanie się do ziemi radioaktywnych cząsteczek. Ekipy likwidatorów zbierały utworzoną w ten sposób skorupę i zakopywały ją w głębokich dołach. Stosowany przy tym płyn odkażający, wyprodukowany w Instytucie Fizyki Jądrowej w Moskwie, określano słowem „burda”– lura

W dniu 1 października 1986 roku doszło do katastrofy lotniczej. Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się radioaktywności wybudowano wokół reaktora betonowy sarkofag. Generał Tarakanow zwrócił się z prośbą do Igora Kostina o umieszczenie na jego dachu sztandaru Związku Radzieckiego. Podczas pierwszej próby, kiedy śmigłowiec z autorem i załogą zbliżyli się do komina, porwały ich silne prądy powietrzne. Maszyna zawraca. Podczas lądowania dowódca poprosił Igora Kostina o zrobienie im zdjęcia na pamiątkę dla ich rodzin. Następnego dnia śmigłowiec zaczepia o dźwig. Cała załoga ginie. Czerwony sztandar zostaje zawieszony na kominie… kilka dni później.


Jutro będą martwi (1 października 1986 roku). Załoga Mi-8 poprosiła Igora Kostina, aby zrobił im zdjęcie. Nazajutrz śmigłowiec, filmowany przez kamery telewizyjne, zaczepił o wysoki dźwig i rozbił się. Reportaż z tego wypadku został ocenzurowany…


Okładka książki ,,Czarnobyl. Spowiedź reportera” wobec której nie można przejść obojętnie

Igor Fiedorowicz Kostin urodził się 27 grudnia 1936 roku w Mołdawii. Kiedy miał trzy lata, jego ojciec Fiodor Kostin wyrusza na wojnę, wtedy widzi go po raz ostatni. Z matką Nadieżdą Popowicz przeżywa okupację niemiecką oraz radziecką. Przed zostaniem bandytą ratuje go wojsko. Jak sam pisze: W wojsku nauczyłem się cenić wartość kromki chleba. Po pożegnaniu z mundurem zdaje sobie sprawę, że nie chce wracać do poprzedniego życia, nie chciał być przestępcą, chciał żyć inaczej, pragnął sam decydować o swoim życiu. Był dobry w sporcie. Wrócił do gry w koszykówkę. Jego drużyna została najlepszą w Związku Radzieckim. Problemy z kręgosłupem i kolanami przerwały jego sportową karierę. Zaczął studiować w Instytucie Agronomicznym w Kiszyniowie. Wynalazł, opatentował oraz otrzymał nagrodę za technikę oszalowania, która pozwalała na szybkie stawianie domów. Interesował się fotografią. Czytamy: Uwielbiam robić portrety. Twarze i ręce. Ręce zdradzają osobowość człowieka. Portret to jeden z najtrudniejszych rodzajów fotografii. Powinno się pokazywać całą naturę danego człowieka. Kształt rąk, układ głowy, to wszystko składa się na wiedzę o danej osobie. Był reporterem wojennym (Wietnam, Kambodża, Afganistan). Zdobył pięć nagród „World Press Photo”. Współpracuje z czasopismami: „Time”, „Paris-Match”, „Libération”, „Stern”. Pomimo że został napromieniowany dawką przekraczającą normę, wiele razy powracał do Czarnobyla, aby ukazać światu skutki katastrofy oraz życie ludzi, którzy tam nadal mieszkają. W końcowej części książki czytamy: Zrobiłem wiele fotoreportaży w mojej karierze zawodowej, ale to Czarnobyl zmienił moje życie, zrobił ze mnie innego człowieka. Dziś trudno mi żyć wśród innych. Nie rozumiem ich problemów: pogoń za pieniędzmi, szarzyzna dnia, banalne sprawy. Jest to niczym wobec ogromu nieszczęścia, jakie widziałem. Ta katastrofa odmieniła mnie moralnie. Oczyściła i obmyła. Po Czarnobylu byłem jak nowo narodzony…

Dziś Igor Kostin mieszka w Kijowie. Cierpi na chorobę popromienną.



Igor Kostin

Powyższy tekst opracowano na podstawie książki „Czarnobyl. Spowiedź reportera” Igora Kostina wydanej przez Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz; Warszawa 2006, wydanie I.

Wszystkie cytaty, skany zdjęć oraz ich tytuły i opisy pochodzą z książki „Czarnobyl. Spowiedź reportera” Igora Kostina.


mk

Ocena:  
( 34 )      nie oceniany
  Opinii:  

0

  

Dodaj swoją opinię