2011-04-15

Motolotnię zrób sobie sam

Janusz Szyszka - Ogrodnik z wykształcenia, rolnik, przedsiębiorca. Miłośnik latania - motolotniarz, szybownik, pilot, instruktor motolotniowy - oraz wszystkiego, co z lotnictwem związane. Wolny czas poświęca, między innymi, na poznawanie jego historii i współczesnych osiągnięć, ale też z chęcią jeździ na nartach i podróżuje.

Paweł Antonkiewicz - Kto Pana nauczył latać?

Janusz Szyszka - Karol Kubit i Krzysztof Kosior. Karol był pierwszym człowiekiem w regionie, który latał na motolotni. Przez niego poznałem Krzysztofa, pioniera polskiego lotniarstwa, który najpierw był nauczycielem Karola, razem latali na lotniach, potem na motolotniach. Obaj już nie żyją. Krzysztof zginął 11 marca 1993 roku podczas oblatywania nowej motolotni, a Karol 26 sierpnia 2006 roku, kiedy jego samolot wpadł w płaski korkociąg na wysokości około 300 metrów podczas pokazów z okazji 60-lecia Aeroklubu Bydgoskiego. Latałem z Karolem samolotem sportowo jako jego nawigator, zdobyliśmy tytuł mistrzów Polski w 2000 roku, a cztery lata później Puchar Polski jako motolotniarze. W 1998 roku trzema motolotniami przelecieliśmy nad Bałtykiem, z międzylądowaniem na Bornholmie, do Szwecji. Lataliśmy wzdłuż naszych granic, motolotniami byliśmy na Litwie, rok później samolotem ultralekkim w 2005 roku polecieliśmy na Ukrainę na Krym, a w sierpniu 2006 roku byliśmy na Łotwie.

Jak to latanie się zaczęło?

- Marzyłem o tym chyba jak każdy chłopak. A jeszcze bardziej spodobało mi się, kiedy poleciałem samolotem, z którego opryskiwane były pola koło Sadek, gdzie mieszkałem. Na tym się jednak marzenia skończyły. Wróciły dopiero po latach, jesienią 1984 roku, kiedy zobaczyłem, jak nad moim domem ktoś przeleciał motolotnią. Dowiedziałem się, kto to był, gdzie mieszka i w styczniu 1985 r. pojechałem do pobliskiego Samostrzela. Motolotniarzem był Karol Kubit.

Czasy były pionierskie...

- Kto chciał latać musiał polegać tylko na sobie. Karol swoją motolotnię skonstruował sam i swoje doświadczenia przekazał mnie. Budowa nigdy nie była tania, a w latach 80. brakowało jeszcze materiałów do konstrukcji. Silnik pochodził od niemieckiego trabanta. Początkowo śmigła robiliśmy sami, były montowane bezpośrednio na wale, potem, co podpatrzyliśmy u Czechów, dorabialiśmy przekładnie pasowe. (A z tymi Czechami to była ciekawa sprawa. Ze względu na bliskość granicy z Austrią i próby ucieczek do niej, motolotniarstwo było w Czechosłowacji zabronione, więc przyjeżdżali do nas, a my lataliśmy wtedy w okolicach Szamocina). O lekkich rurkach do konstrukcji można było tylko marzyć, udało się nam jednak nawiązać kontakt z kimś z huty metali nieżelaznych w Kętach i zdobyliśmy rurki duraluminiowe. Wózek trzeba było zbudować samemu.

Pierwszy lot?

- Najpierw latałem z Krzysztofem, który uczył mnie sterować. Skręty, wznoszenie i opadanie - tę umiejętność trzeba było dobrze opanować. Sterowanie utrudniał każdy podmuch wiatru. Ćwiczyłem też, już samodzielnie, ale pod okiem Krzysztofa i Karola starty i manewry na ziemi. Po kilku godzinach uznał, że mogę lecieć. Wydał mi dyspozycję: na jakiej wysokości, na jakim kręgu. To był listopad 1990 roku, krótko przed zmierzchem. Pamiętam też swój zachwyt, który nie opuszcza mnie do dzisiaj.

Zachwyt ten sam, a motolotniarstwo?

- To niebo i ziemia. W czasie pierwszego lotu wysokość i odległość oceniałem na oko, bo nie miałem niczego, co by mi ją określiło. Motolotnia to było skrzydło, wózek i silnik ze śmigłem. Dzisiaj jest zestaw podstawowych przyrządów, które wskazują prędkość wznoszenia i lotu oraz wysokość... Steruje się przemieszczając środek ciężkości. Maksymalna prędkość motolotni wynosiła 50-60 kilometrów na godzinę, dzisiaj moją lecę nawet 135 kilometrów, a po starcie z mojego lądowiska w Olszewce po 20 minutach jestem na bydgoskim lotnisku. Pierwsze motolotnie miały masę startową około 200 kg, dzisiaj 450 kg. Większe prędkości, moc i masa, a więc większe niebezpieczeństwo sprawiły, że latać można tylko po zdobyciu uprawnień, które uzyskuje się po specjalnym szkoleniu.

Każdy może latać?

- Tak, ale ja każdemu radzę, żeby sprawdził stan zdrowia w wyspecjalizowanych ośrodkach w Warszawie lub Wrocławiu. No i nie jest to tania pasja. Dobry silnik „Rotaxa” kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych, skrzydło około 30 tys, śmigło 2,7 tys, wózek - do 20 tysięcy. Przyjemność daje jednak ogromną.

Paweł Antonkiewicz
www.express.bydgoski.pl

Ocena:  
( 12 )      znakomity :)
  Opinii:  

0

  

Dodaj swoją opinię