2012-02-22

Apetyt, ryzyko, rutyna – akrobacje paralotniowe polskim okiem. Spojrzenie po latach.

Zawsze interesowałem się różnymi dziedzinami sportu, ale nie sądziłem że paralotniarstwo, a w szczególności akrobacje paralotniowe aż tak mnie pochłoną. Pochodzę z małej miejscowości z województwa opolskiego, gdzie wywieźli burmistrza na taczce z urzędu, a w nocy wyłączali oświetlenie na ulicach w związku z zadłużeniem gminy.

Jako młody chłopak uprawiałem rożnego rodzaju sporty. Jeździłem na rolkach, grałem w koszykówkę, ale praktycznie wszystko zawsze uprawiałem ekstremalnie. Na rolkach skoki, jazda tyłem, zjazdy po schodach, 360-tki w powietrzu. W koszykówce mimo, że mierzyłem tylko 176cm wzrostu zawsze chciałem robić wsady jak Michael Jordan. Wielokrotnie przychodziłem do domu cały pozdzierany, bo nie złapałem się obręczy, bo znów na rolkach schody ze mną wygrały. Podobno z tym trzeba się urodzić - przynajmniej tak się mówi.

Gdy miałem 16 lat dowiedziałem się o istnieniu paralotni i od razu zapisałem się na kurs. Szkoliłem się za wyciągarką i pierwsze moje loty trwały raptem 3 minuty. Jednak każdy lot był dla mnie czymś nowym. Po uzyskaniu licencji szło mi chyba kiepsko, bo ciągle nie mogłem się wykręcić. Nie poddawałem się, w końcu w swoim 80 locie złapałem swój pierwszy komin i odszedłem pod podstawę.




Ehhh te czasy i ten przelot na tym skrzydle, po prostu cud miód i orzeszki.

To było niesamowite uczucie, przeleciałem pierwsze 20km do Wielunia, na skrzydle Aplauz DFX. Możecie spróbować sprawdzić na para2000 co to za model (o ile w ogóle jest w ewidencji), ale mogę Was zapewnić, że jak na tamte czasy latało się na nim wyśmienicie. No właśnie i w końcu w tamtych czasach zawitało w moim komputerze urządzenie o nazwie modem internetowy. Wykręciłem 0202122 podałem hasło ppp i zaczęło się. W poszukiwaniu informacji o paralotniarstwie natknąłem się na kilka filmów, w których piloci robili bardzo dziwne rzeczy ze swoim skrzydłem. Nie wiedziałem co dokładnie robią, ale widziałem że jeden gość się kręci bardzo szybko i praktycznie w ogóle nie opada. Nie wiem dlaczego, ale od razu pomyślałem że też się chce tego nauczyć.


W 1999 roku hiszpański pilot paralotniowy Raul Rodriguez wynalazł figurę SAT i świat akrobacji narodził się. Ten film zmienił moje życie.

W 2002 roku zacząłem trenować swoje pierwsze spirale na skrzydle Raven AX, wylatanych miałem wtedy tylko kilka godzin i chciałbym tutaj podziękować mojemu instruktorowi, który mi tego nie zabronił. Wszyscy inni mówili że świruję i prędzej czy później się zabiję. Oczywiście cały czas trenowałem przeloty, ale już wtedy czułem, że to mi chyba nie wystarczy. Każdy lot kończyłem potworną spiralą, gdzie zamykałem skalę na swoim starym wariometrze 1995 roku. Nawiasem mówiąc cały czas z niego korzystam. Jedyne co się w nim zmieniło to tylko to, że już nie pokazuje wysokości, a jedynie samo wznoszenie i opadanie, ale po co komu więcej?. W końcu nauczyłem się kontrolować prędkość w spirali i schodziłem co raz niżej i niżej w stronę ziemi. Na filmach widziałem, że robią taką fajną ground spiralę, gdzie stabil skrzydła dotyka ziemi a pilot nie. Niestety nie miałem kogo podpytać o najlepszą technikę nauki tej figury.


Moje pierwsze prowokowane podwinięcia na skrzydle Raven AX - 2002 rok.

Próbowałem sam. "Przecież to jest proste, kontroluje prędkość już tak dobrze, że nic złego nie może się wydarzyć". W końcu stabil poszedł po ziemi, ale ja również poleciałem po niej jak kaczka. Poczułem ogromny ból w nogach, a całe powietrze z płuc gdzieś wyszło. Bardzo szybko podbiegł do mnie kolega, który zaczął mi ściągać kask z głowy. Od razu się go zapytałem co robisz, a on odpowiedział: Jarek ściągam Ci kask z głowy bo tak przywaliłeś, i boję się że jak Ci łeb spuchnie, to już go nie ściągniemy.

Te słowa będę pamiętał do końca życia - dzięki Pawle M. Przyszedł czas na przemyślenia. Doszedłem do wniosku, że muszę trenować rozsądniej. Mogłem się zabić, ale ktoś sprawił, że żyję. Byłem bardzo potłuczony, a cała prawa strona mojego ciała była czarna. Zacząłem pracować więcej ze skrzydłem na ziemi. Zacząłem się uczyć wingoverów, robiłem spiralę - nadal bardzo blisko ziemi, ale na mniejszej prędkości, starałem się szlifować detale w swoim lataniu. W końcu zauważyłem, że nawet w bardzo ostrych warunkach przestały mnie spotykać podwinięcia. Zacząłem latać bardzo aktywnie na dużo wyższym poziomie. Dziwne, ale samo latanie przelotowe jakby stało się prostsze - puknąłem pierwsze 100km, totalna nuda. Doszedłem do wniosku, że do szczęscia brakuje mi tylko figury SAT i mogę przystopować z tym ryzykiem.

W końcu przyszedł ten dzień i zrobiłem SATA. I nie było dla mnie ważne czy byłem pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, czy piąty w Polsce, który tego dokonał, ale że udało mi się zrobić to co widziałem kiedyś na filmie. Było to niesamowite uczucie spełnienia.


Jeden z pierwszych moich Loopów na skrzydle Ozone Octane.

Dopiero wtedy poczułem, że apetyt rośnie w miarę jedzenia i tak naprawdę nie chcę się zatrzymać, ale chce iść dalej i uczyć się innych figur. Przez długi okres nie wyjeżdżałem za granicę, nad wodę, bo nie miałem po prostu na to pieniędzy. Wszystkie podstawowe figury szlifowałem w Polsce na lotach za wyciągarką lub w górach w Beskidach. Zwykle miałem 300-400m nad ziemią. Determinacja sprawiła, że zacząłem łączyć sata ze spiralą asymetryczną, no i w końcu pojawiły się również pierwsze loopy. Zacząłem się czuć bardzo komfortowo praktycznie w każdych warunkach.

Podstawowe figury wykonywałem rutynowo i o mały włos mnie to nie zgubiło. Pewnego dnia miał być standardowy prosty LOOP, ale wszystko poszło nie tak. Na niskiej wysokości straciłem energię nad centrum czaszy i prawie wpadłem do środka skrzydła. Złapałem krawat, wysokości było mało, ale zapas na szczęście otworzył się błyskawicznie.


Zły loop. Niektórzy akro piloci mówią po prostu SHIT HAPPENS.

Przyszedł czas na kolejne przemyślenia. Doszedłem do wniosku, że rutyna w akrobacji potrafi być bardzo niebezpieczna. Chwila nieuwagi i byłby koniec. Plecy bolały mnie przez tydzień, ale nikomu o tym nie mówiłem. Po tym wypadku byłem strasznie na siebie zły. Wiedziałem co się stało, ale cały czas nie rozumiałem jak mogłem popełnić tak duże błędy. Bardzo się wystraszyłem i muszę powiedzieć, że znów przestałem wierzyć w swoje umiejętności. Przyszedł czas na regenerację psychacza i zaczęcie od nowa. Wróciłem do początku i praktycznie każdą figurę zacząłem od nowa rozkładać na czynniki pierwsze, ale już na większej wysokości. Kosztowało mnie to kolejny rok treningu. Inni by tutaj powiedzieli, że po prostu zatrzymałem się w miejscu, ale mnie się wydaje, że dopiero wtedy tak naprawdę zacząłem się rozwijać. Starałem się zrozumieć co dzieje się podczas akrobacji z punktu widzenia fizyki. Jak przesuwa się oś obrotu względem pilota, jak najlepiej wykorzystywać wychylenia pilota względem skrzydła do poszczególnych figur. Kiedy dynamika całego układu jest większa, a kiedy mniejsza.

Po kilku latach mieszkania w Łodzi, doszedłem do wniosku, że jednak nie jestem osobą, która czuje się dobrze w dużym zatłoczonym mieście. Zawsze chciałem spróbować pracy instruktora, szczególnie jeżeli chodzi o treningi bezpieczeństwa. Wydawało mi się, że fajnie by było wykorzystać wiedzę którą rozwijam, przekazać ją innym a przy okazji zobaczyć trochę świata i potrenować akrobacje - w końcu nad wodą :-). Plan się udał. Alpy, a przede wszystkim wysokość nad wodą, sprawiły, że zacząłem się uczyć szybciej i bezpieczniej. W końcu przesiadłem się na wymarzone profesjonalne 19m skrzydło do akrobacji i opanowałem asymetrycznego sata oraz tumbling. Nawiasem mówiąc przesiadka na profesjonalne skrzydło kosztowała mnie kolejne kilka miesięcy szlifowania podstawowych figur, ale z poprzedniej lekcji wyciągnąłem dość poważne wnioski. Zacząłem eksperymentować z rytmicznym satem i jakimś krzywym helikopterem. Ta ostatnia figura choć wygląda bardzo prosto jest w praktyce jedną z najtrudniejszych figur na ziemi - przynajmniej dla mnie jest mega trudna.

Z perspektywy czasu, gdy na to wszystko patrzę, jest to po prostu jakiś "śmiech na sali". Tyle lat mi to wszystko zabrało. W dzisiejszych czasach wystarczy wyprowadzić się na rok w Alpy, aby wrócić do domu z podobnym kompletem figur. Jest już pełno akro pilotów, są specjalne skrzydła, każdego można o coś zapytać, nie wspominając o kopalni wiedzy jaką jest youtube czy justacro (portal ten powstał dopiero na przełomie 2007-2008 roku). Wystarczy wyjechać na przykład do "ORGASMI" (Organya to takie ulubione miejsce akro pilotów, które znajduje się w Hiszpanii). Wszystko jednym słowem poszło do przodu. Potrzebne jest do tego tylko kilka tysięcy euro rocznie i życie bez zobowiązań oraz rodziny. Teraz da się szybciej i bezpieczniej, kiedyś jednak było inaczej...

Dziś,gdy piszę ten artykuł widzę, że nie mam już takiego ciśnienia na akrobacje jak kiedyś. Dla mnie liczy się dobra zabawa, a profesjonalne figury takie jak Infinity Tumbling czy jakieś połączenia Mac Twist do Helico zostawiam zawodowcom. Co nie oznacza że w przeciągu kolejnych 10 lat tego nie opanuję, gdy dostanę w końcu urlop. W zasadzie to już się zapisałem do HYENATEAM.PL :-) (Ci którzy ich znają i byli z nimi na lataniu wiedzą o co chodzi).





Jarek Borowiec
www.paralotniowy.pl


Ocena:  
( 4 )      znakomity :)
  Opinii:  

0

  

Dodaj swoją opinię